SOCRATES – ERASMUS czyli studencie – połącz bardzo przyjemne z …

Drukuj Powiadom znajomego

SOCRATES – ERASMUS czyli studencie – połącz bardzo przyjemne z …

Autor: K. W.
Dodano: 2009-03-22

...jeszcze bardziej pożytecznym. Niniejszy artykuł nie jest pisany przez osobę, która naczytała się mądrych rzeczy o programie Socrates – Erasmus i ma tylko mądre, populistyczne, ładnie brzmiące teorie za podstawę, i będzie próbowała was przekonać do wyjazdu. Przeciwnie, pisze ten artykuł osoba, która miała ogromną przyjemność doświadczyć tej przygody i może teraz podzielić się z wami swoimi przeżyciami i odczuciami.

Tym, którzy nie wiedzą, cenna wyda się informacja, że idea podróżowania głównie po Europie w celach nie tylko turystycznych, lecz przede wszystkim edukacyjnych, propagowana była już w XV w. Działo się to głównie za sprawą filozofa Erazma z Rotterdamu, któremu jak się okazuje nieobca była późniejsza, pozytywistyczna „praca u podstaw”. Filozof ten w swej hojności i przekonaniu o istocie zdobywania wykształcenia, finansował wybranym studentom koszty podróży po Europie. W tym miejscu zróbmy wielki krok i przenieśmy się do czasów, które jednak mamy szansę pamiętać - rok 1987. To wtedy idea Socratesa weszła w życie w krajach UE. (program ten pod nazwą Socrates – Erasmus funkcjonuje od 1995 r.) Jak dowodzą statystyki, zainteresowanie wspomnianym programem rośnie zarówno ze strony studentów, jak również ze strony pracodawców, którzy doceniają tego typu aktywność. Idea programu Socrates – Erasmus? Najogólniej mówiąc, jest to umożliwienie zarówno studentom, jak i kadrze uniwersyteckiej zdobywanie wiedzy i wykształcenia zagranicą. Dlaczego oddzielam te dwa pojęcia? Bazując na doświadczeniu wiem, że to nie tyle o wiedzę merytoryczną chodzi, ile o uczenie się życia, języka, radzenia sobie z codziennością w obcej, bo często tak innej dla nas kulturze.

Przed takim wyzwaniem stanęłam i ja. Nie było to żadne przykre doświadczenie, wręcz przeciwnie. Nigdy wcześniej nie miałam szansy znaleźć się w tak międzynarodowym środowisku. Hiszpańskie San Sebastian - region Kraju Basków (z racji tendencji separatystycznych, które tam panują bezpieczniej byłoby użyć określenia: baskijskie San Sebastian) to miejscowość typowo turystyczna, zwana „Perłą Północy”. (a czym sobie zasłużyło na taki przydomek? Zainteresowanych tym tematem odsyłam do odpowiednich źródeł) Północna część kraju, a San Sebastian w szczególności, to miejsce, w którym kultura hiszpańska, miesza się z baskijską oraz elementami napływowymi z Ameryki Południowej i Środkowej.

Może to zabrzmi górnolotnie, jednak z całą szczerością muszę przyznać, że nic tak nie wpłynęło na sposób w jaki patrzę teraz na świat i ludzi, jak blisko rok spędzony w San Sebastian. Co się zmieniło? Przede wszystkim wyjazd ten znacznie rozbudził moją ciekawość świata, chęć zwiedzania, poznawania innych kultur i konfrontowania ich z tą naszą – codzienną. To właśnie jest najciekawsze – dopiero po zetknięciu się z ową „ odmiennością” (w tym pozytywnym sensie oczywiście) widzimy naszą własną kulturę. Przestajemy tylko patrzeć, my ją zaczynamy widzieć… Tym, którym może się to wydać niejasne podam przykład: dopiero po powrocie do kraju zdałam sobie sprawę, jakie szare i smutne twarze mają nasi rodacy, jak bardzo potrafimy narzekać, ale jak solidni i pracowici potrafimy być.

Taniec, muzyka, podróże, otwarci, przyjaźni ludzie, okres karnawału, regionalne święta, tradycyjna kuchnia to za mało by opisać ten (w tym miejscu posłużę się reklamowym sloganem) „hiszpański temperament”. Miniony rok upłynął dla mnie pod znakiem bardzo dobrej zabawy, w towarzystwie osób, dzięki którym te trudniejsze chwile, bo nie czarujmy rzeczywistości, takie również się zdarzały, wcale nie były takie trudne. To nie były zwykle, przelotne znajomości, lecz przyjaźnie w pełnym tego słowa znaczeniu.

Tym, co zrobiło na mnie szczególnie wrażenie to relacje student – kadra uniwersytecka. Dystans jaki wyczuwa się w relacjach studenta z wykładowcą, konieczność zachowania określonych norm zachowania i manier to elementy z naszego rodzimego podwórka, z których niektóre może już odchodzą do lamusa, jednak inne zakorzeniły się na dobre. W Hiszpanii natomiast, relacje takie miały charakter bardzo nieformalny. Nikt tam nie przywiązuje większej wagi do posługiwania się tytułami naukowymi, zwracaniem się do siebie per Pan / Pani. I nie wynika to wcale z braku szacunku – wręcz przeciwnie. Brak owego dystansu właśnie świadczy tam o wzajemnym szacunku.

O zaletach tego typu programów mogłabym pisać jeszcze bardzo dużo i zapewne trudno byłoby i wyczerpać ten temat, jednak nie można pominąć aspektu finansowego. Odgrywa on znaczącą, a dla niektórych kluczową rolę. Rzeczą oczywistą jest, że nasze uczelnie macierzyste dają nam pewien zastrzyk gotówki jednak najczęściej jest to niewystarczające i wystarcza tylko na pokrycie podstawowych potrzeb. Nie jest to jednak w żadnym wypadku sytuacja bez wyjścia. Wystarczą chęci, „jako taka” znajomość języka i można myśleć o szukaniu pracy. Wraz ze znajomymi musieliśmy radzić sobie z problemami finansowymi w taki właśnie sposób. Pracowaliśmy w restauracji godząc obowiązki na uczelni i zobowiązania wobec pracodawcy. Do oceny tej sytuacji najbardziej trafny wydaje mi się zwrot: „szczęście w nieszczęściu”. Praca ta stała się dla nas miejscem, gdzie oprócz intensywnej nauki języka, świetnie spędzaliśmy czas naprawdę lubiąc to, co robimy.

Jeśli macie wątpliwości, wcześniej o tym nie myśleliście lub po prostu najzwyczajniej w świecie boicie się …. – pomyślcie o tym, nie wątpcie i nie bójcie się bo… jeśli nie teraz to kiedy ?